Dupa z przodu
Rozpoczął się festiwal obietnic. To już, w zasadzie, taka nasza tradycja. Kolejna odsłona tego wydarzenia. Tym razem udało się ściągnąć wielkich artystów, więc można przypuszczać, że publiczność przeżyje wielkie uniesienia. Mamy więc w konkurencji zarówno bardzo zdolnych debiutantów, jak i stare gwiazdy, które, z dużym prawdopodobieństwem, wyśpiewają swoje najbardziej znane przeboje. Jest też kilka niespodzianek, rodem mniej więcej z programu „Szansa na sukces”. Tak czy siak, zapowiada się pysznie. Tym razem jury będzie miało twardy orzech do zgryzienia. Komu przyznać Złotego Koziołka. Gdyby się jednak chwilę zastanowić, to sam konkurs nie ma specjalnie wielkiego znaczenia. Najważniejsze będą skutki wyśpiewanych deklaracji. Nad tym mało kto się zastanawia. A powinniśmy wszyscy. Estakady, tunele, aquaparki, stadiony, biurowce, galerie handlowe etc. Już tak mamy, że najbardziej lubimy te obietnice, które już wcześniej słyszeliśmy.
Dodatkowo problem ma drugie dno, bo tylko idiota uważa, że miasto nie powinno się rozwijać. Miasto musi się rozwijać. A takie jak Lublin, który ma szmat drogi do nadrobienia, to w pierwszej kolejności. Zadłużać się przy tym jest rzeczą ludzką. Żaden samorząd nie realizuje takich projektów z własnych środków. Gdzie w takim razie tkwi haczyk? Ano w tym, że komuś może przyjść do głowy, by to wszystko zrealizować. Brzmi trochę sprzecznie, nieprawdaż? Nie do końca. Pułapka tkwi w priorytetach i skutkach określonego zestawu zrealizowanych pomysłów.
A teraz tytułowa dupa, czyli lotnisko.
Ileż to było głosów, że to wielki wstyd, że nie mamy portu lotniczego. Wszyscy mają! Nawet ten obrzydliwy Rzeszów. Skandal. A potem utyskiwania, że ślimaczy się projektowanie, a jeszcze później budowa. Polecam zastanowić się, co będzie, kiedy to lotnisko faktycznie powstanie. Na początku nasze ego podskoczy. Zajebiście, polatamy sobie. Autorzy pomyślą tak: „Uff zrobione. Niech no tylko ktoś powie, że nie dotrzymujemy obietnic”. Następny festiwal w kieszeni. Wszystkie nagrody łącznie z Grand Prix Publiczności. A potem ktoś się wychyli, że mamy port oddalony raptem 150 km od Warszawy i mniej więcej tyle samo od Rzeszowa. Plus cargo w Białej Podlaskiej. Co więcej, niespecjalnie mobilne społeczeństwo i brak nadreprezentacji ziomków w USA i innych krajach. Koszty utrzymania to pewnie ze 100 baniek rocznie. Brak stałych umów z przewoźnikami jest niemiłym zgrzytem. Kto więc, do cholery, ma z tego korzystać!? Ale co tam. Boso, ale w ostrogach, a budżet miasta co roku trzeba będzie wiązać sznurkiem. To jest nasz dramat. Nie obiecać źle. Obiecać i nie zrobić jeszcze gorzej. Obiecać i zrobić – najgorzej. Jak spojrzeć, dupa z przodu.
Moim zdaniem wyjścia są dwa. Albo zrezygnować z udziału w festiwalu i zabrać się do normalnej roboty, albo obiecać mniej i bardziej rozsądnie. Forma festiwalu ma to do siebie, że wymusza obietnice na wyrost, a potem trzeba szukać winnych. A ponieważ od zdarzenia mija sporo czasu (często ponad cała kadencja), to szukaj wiatru w polu. Bo wiadomo nie od dziś, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Syndrom lotniska nadciąga.
Smutna konstatacja w przeddzień wielkiego święta demokracji.